Końcowe szlify et voilà!

Najtrudniej było zebrać wszystko w jednym miejscu. Zorganizować siebie i przesyłki do paczkomatów tak, by móc wszystkie elementy ze sobą złożyć do wyznaczonego terminu. A jak wiemy, czas nie sprzyja tym, którym się spieszy, więc bywało nerwowo. Zabawą było również przewożenie rozłożystej lampy moją małą toyotką aygo. Weszła oczywiście na styk, ale za to potłukł się jeden klosz. Potem wyprawa na tak zwaną bazę do prawie-teścia, złotej rączki, zawsze gotowej do pomocy, prawdziwego makermena, aby posprejować całość i polutować elektrykę. Prawdziwa magia, lampa świeci i działa!

Na koniec zadanie najbardziej wyczekiwane, czyli nagranie krótkiego filmiku o mojej przygodzie z Maker Woman. Pomaga szereg osób, mój chłopak obmyśla koncepcję, wspólnie piszemy poetycki tekst, który będzie towarzyszyć wideo, inny kolega przyjeżdża ze sprzętem, bardzo wczuwa się w rolę i robi przepiękne zdjęcia, siostra użycza salon, robi mi kosmiczny makijaż i pomaga ustawić scenografię. Bez ich pomocy nie dałabym rady. Jest gorąco, a czas znowu goni. Efekt jest bardzo zadowalający, udaje się wyczarować prawdziwy kosmos. A teraz czas na zasłużone wakacje! Dziękuję Maker Woman! Uff!