Wczoraj moja złociutka wyruszyła w pierwszą w życiu podróż. Od razu widać, że kocha pociągi, że wygodnie jej w Kolejach Mazowieckich... Konduktor urzeczony jej blaskiem zapomniał sprawdzić, czy ma bilet (oczywiście nie ma). Siedzi sobie zadowolona na stoliczku i zachwyca się światem. Należy jej się chwila wytchnienia po tych wszystkich mękach. Bo chociaż jest młoda, wiele już w życiu przeszła. Zrodziła się z pięknego żółtego filamentu, ale nie była doskonała. Trzeba jej było oderwać brzydkie podpory, przeszlifować, nałożyć szpachlę, jeszcze raz przeszlifować, powiesić na żyłce nóżkami do góry, popryskać fillerem, znowu przeszlifować, znowu powiesić, pomalować farbą w spreju (dwa razy), wywiercić jej dziurę w dziobie i na koniec popsikać lakierem. No cóż, trzeba trochę pocierpieć, żeby pięknie wyglądać. Teraz będzie zdobić pokój syna, który na pewno pokocha ją za kolor i magnes w dziobie. A może nie tylko... Może ta kaczka (gęś, przecież pamiętam, że gęś) będzie spełniać życzenia... Jak złota rybka.