To właśnie ona!

Pamiętacie jak pisałam, że moja niegdysiejsza współlokatorka z Krakowa nagle musiała przeprowadzić się do Warszawy, bo dostała się na Maker Woman? To właśnie Asia Graniczkowska, malarka i tkaczka, która ostatniego wrześniowego popołudnia poprowadziła w FabLabie warsztaty z modrodruku. Zajęcia rozpoczęły się mini-wykładem na temat technologii, sposobów uzyskania surowców i receptur oraz historyczno-geograficznego rysu warsztatu. Pojawiło się dużo ciekawych nowych słów jak kipa, rezerważ czy pap. Można by powiedzieć, że technologia modrodruku znajduje się gdzieś pomiędzy grafiką warsztatową i drukiem wypukłym (drewniane klocki tradycyjnie wycinane ręcznie) oraz batikiem (zakrycie części barwionej tkaniny). Szkoda, że właściwie od 100 lat nie jest uprawiana na terenie Polski, choć są aktualnie dalej miejsca na świecie, gdzie wiedza o modrodruku jest kultywowana.

Co ciekawe tradycyjnie technologię tę uprawiali jedynie modrodrukarze. Nasze zajęcia były całkowicie babskie, co więcej Asia na frezarce CNC przygotowała klocki z tradycyjnym wzorem zaczerpniętym z Muzeum Etnograficznego w Krakowie, które przypominają ziarna kawy, ale nazywane są też po prostu cipkami. Żeńska energia krążyła zatem intensywnie!

Dostałyśmy po dwa kawałki płótna, niektóre uczestniczki przyniosły własne materiały lub akcesoria do barwienia i za pomocą klocków drewnianych lub pędzelka pokrywałyśmy tkaniny wzorami. W taki sposób ochronione części materiału nie przyjmowały niebieskiego barwnika. W odpowiednich interwałach czasowych, aby zaszedł proces utleniania, zanurzałyśmy nasze dzieła w kipie (indygo, które o dziwo wymieszane w wiadrze było zielone!), a następnie serwowałyśmy kąpiel wodną i octową. Jak powiedziała Asia, wydarzała się magia. Rzeczywiście proces zachwyca swoją urodą i prostotą. Fajnie było uczestniczyć w drugiej fali modrodruku wspartej technologiami cyfrowymi. No i fajnie było spotkać po dłuższym czasie moją byłą współlokatorkę, która zainfekowała mnie wiedzą o mejkerkach!