Na imię mu Zortrax

To wynikało z planu zajęć, ale i tak mnie zaskoczyło. Podszedł do mnie i spytał o moją rękę. Podsunął mi pod nos puzderko ze złotą głowicą i zerkał pytającym wzrokiem. Po krótkiej chwili zgodziłam się, więc wziął ofiarowaną dłoń i bezpardonowo przesuwał nią po swoich częściach. Zaczął od kolorowego filamentu na szpuli przez teflonową rurkę aż po ekstruder z feederem i hot endem, pokazał termostat, grzałkę i chłodzący wiatraczek, a na końcu głowicę, którą jeszcze sekundę temu miałam przed oczami i którą niepostrzeżenie zdążył sobie zainstalować.

Potem opowiadał o różnych swoich kolegach i rodzajach filamentu, które lubi spożywać. Od początku zaznaczył, że to co pochłania się w nim nie topi, tylko uplastycznia. Dał wykład o programie, którym można go obsłużyć, żeby wspólne funkcjonowanie odbyło się bez kłótni. W międzyczasie chwalił się różnymi swoimi projektami. Na koniec wskazał link i kazał napisać egzamin. Lekko zaskoczona tym brakiem zaufania, zabrałam się do odpowiedzi. Pomyliłam oczywiście tajemnicze nazwy, bo myślałam, że o HIPS, SLA czy PVA opowiada raczej jako o ciekawostkach, ale test udało się zdać. Potem znów pozwolił się dotykać. Czerpał niewyjaśnioną satysfakcję kiedy zmieniłam mu tryb oświetlenia i przesuwałam jego platformą w górę i dół. Otrzymałam błogosławieństwo i teraz mogę spędzać z nim razem tyle czasu, ile tylko zapragnę.